Śmieci w lesie: skąd się biorą dzikie wysypiska i ile nas kosztują
Wystarczy zjechać z głównej drogi w polną albo leśną, żeby prędzej czy później natknąć się na hałdę gruzu, worki z odpadami i stary fotel rzucony między drzewa. Dla kogoś był to sposób, żeby pozbyć się kłopotu za darmo. Problem w tym, że ten kłopot nigdzie nie znika. Zostaje w miejscu, z którego korzystamy wszyscy.
To nie są pojedyncze przypadki. Według danych statystycznych w Polsce ujawnia się co roku kilkanaście tysięcy dzikich wysypisk, a odpadów zbieranych z nich bywa nawet kilkadziesiąt tysięcy ton rocznie[1]. Powstają najczęściej tam, gdzie łatwo dojechać i mało kto zagląda: w lasach, przy rzekach, na obrzeżach osiedli i w opuszczonych zakątkach.
Zwykle chodzi o oszczędność albo o wygodę. Ktoś nie chce płacić za wywóz gruzu po remoncie, komuś szkoda czasu na dojazd do punktu zbiórki, ktoś inny pozbywa się odpadów, których zwykła śmieciarka nie zabierze. Paradoks polega na tym, że legalne oddanie tych rzeczy jest najczęściej darmowe albo tanie, a i tak przegrywa z pokusą pozbycia się ich w lesie.
Skutki są za to realne i długie. Z porzuconych odpadów do gleby i wód gruntowych sączą się substancje, których potem trudno się pozbyć, a resztki jedzenia i chemii ściągają gryzonie oraz owady. Podpalone wysypisko zatruwa powietrze dymem pełnym trujących związków, a latem bywa iskrą, od której zajmuje się las. Traci na tym przyroda, ale też studnie, ujęcia wody i zdrowie ludzi z sąsiedztwa. Część z tego, zwłaszcza tworzywa i elektryczne śmieci, rozkładają się dziesiątki lat, więc jeden weekendowy wyjazd z przyczepą potrafi zostawić ślad na całe pokolenie.
Jest też cena wprost finansowa. Odpady porzucone na gruncie gminy usuwa ostatecznie gmina, czyli płacą za to wszyscy mieszkańcy ze wspólnej kasy. Pieniądze, które mogłyby pójść na drogi czy zieleń, znikają na sprzątanie po kimś, kto chciał zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych. W skali kraju samorządy wydają na to miliony złotych rocznie.
Nie jest to również bezkarne. Za wyrzucenie śmieci w lesie grozi grzywna sięgająca kilku tysięcy złotych i nakaz przywrócenia terenu do porządku[2]. Gdy w grę wchodzą odpady niebezpieczne, mówimy już o przestępstwie zagrożonym więzieniem, a sąd obowiązkowo orzeka nawiązkę, która potrafi sięgać setek tysięcy złotych[3]. Coraz częściej pomagają w tym fotopułapki. Czasem jednak porzucony worek sam wskazuje swojego właściciela. Pomaga też czujność sąsiadów: zgłoszenie takiego miejsca do urzędu gminy albo straży miejskiej uruchamia sprzątanie i szukanie sprawcy.
A wystarczy naprawdę niewiele. Gruz, stare meble, opony czy zużyty sprzęt można oddać w punkcie selektywnej zbiórki albo zamówić ich odbiór, zwykle bez dodatkowej opłaty. Las nie jest niczyj, jest po prostu wspólny.
[1]Główny Urząd Statystyczny, „Ochrona środowiska” – dane o dzikich wysypiskach (liczba oraz masa zebranych odpadów). stat.gov.pl
[2]Ustawa – Kodeks wykroczeń, art. 162 (zaśmiecanie lasu), po nowelizacji z 2022 r. – grzywna do 5000 zł i obowiązek przywrócenia terenu do stanu poprzedniego. isap.sejm.gov.pl
[3]Ustawa – Kodeks karny, art. 183 (nielegalne postępowanie z odpadami) oraz obowiązkowa nawiązka; ustawa z 22 lipca 2022 r. o przeciwdziałaniu przestępczości środowiskowej. isap.sejm.gov.pl
